Niezaprzeczalne znaczenie w aktywizacji środowisk senioralnych ma zainteresowanie tej grupy miejscem najbliższego otoczenia. Przemierzając codziennie te same ulice, nie wiemy albo nie pamiętamy, kto tak naprawdę jest ich patronem.
Powtarzamy bezwiednie nazwiska, dodając numery domów i mieszkań, bez wnikania w to czy
patronem naszej ulicy jest poeta, polityk, a może upamiętnia ona miasto lub kraj odległy od nas
o setki kilometrów.

A przecież warto wiedzieć, jaka jest historia
nazwy naszej ulicy, osiedla a nawet dzielnicy
i miasta.

Prelegent – Stanisław Andrzej Średziński –
prowadzący również warsztaty poszukiwania
bohaterów naszych ulic podszedł do tego w dwojaki sposób. Założył, że czasami pomiędzy
rzeczywistym, umieszczonym na narożnej tabliczce nazwiskiem, w naszych odczuciach patronem ulicy może być ktoś zupełnie inny – osoba, która na tej ulicy mieszkała, czy też w inny sposób związana jest z nią w naszej pamięci.

Nie poprzestał i na tym, przypominając osoby
z historii naszego miasta, które mimo wielkich zasług dla miasta i kraju nigdy się ulicy nie
dorobiły oraz takie, które swoją ulicę – w imię wyższych celów – straciły, choć wiadomo, że
puste cokoły mówią czasami więcej niż umieszczone na nich postacie.

Jako osoba zajmująca się od lat kobietami, o których w Łodzi zapomnieć nie można[1], przypomniał takie postacie jak: Maria Piotrowiczowa – bohaterka powstania z 1863 roku; Maria Kwaśniewska - jedna z pierwszych zawodniczek powstającego Łódzkiego Klubu Sportowego, brązowa medalistka z Olimpiady w Berlinie (1936r), zasłużona
bohaterka kampanii wrześniowej (1939), obrończyni powstańców warszawskich przetrzymywanych w obozie w Pruszkowie (1944), a w końcu wielka działaczka ruchu olimpijskiego.

W odniesieniu do „własnych bohaterów ulic” przypomniał swoje spotkanie w dzieciństwie
z Wandą Wiłkomirską, zamieszkałą wówczas
w domu aktora przy ul. Zakątnej (obecnie Pogonowskiego). Tu opowieść uzyskała drugi wymiar, bo jedna z uczestniczek, uczennica szkoły nr 26 - mieszczącej się na tej ulicy - przypomniała, że
w domu aktora mieszkał wówczas m.in. Jan Kobuszewski, który co rano urządzał w swoim oknie pokaz mimiczny, rozbawiając tym uczniów tak,
że nie można było prowadzić lekcji.

Przypomniał postać Michaliny Tatarkówny - działaczki PPR i PZPR, która wiele uczyniła dla łódzkich tkaczek, ale swoją ulicę utraciła w ramach dekomunizacji. Podczas warsztatów zakwestionowano utratę tej ulicy…[2]

Najważniejszym jednak tematem spotkania było samodzielne poszukiwanie historii swojej ulicy.
W tym celu uczestnicy otrzymali pełną instrukcję korzystania z zasobów Biblioteki Wojewódzkiej im. Marszałka Józefa Piłsudskiego przygotowaną w formie animacji filmowej.  Zainteresowanie tą formą poszukiwań sprawiło, że film powtórzono dwukrotnie oraz przypomniano go później na warsztatach.

Ciekawym przykładem „rozdwojenia” nazwy była ul. Andrzeja Struga, która przez lata upamiętniała Św. Andrzeja i do dziś wielu mieszkańców używa tej nazwy pomijając nazwisko, a właściwie pseudonim literacki artysty.[3]

Zainteresowanych wojennymi losami naszego miasta ucieszy fakt, że w katalogach wymienionej biblioteki odnajdą oni niemieckie nazwy ulic i to
z okresu I jak i II Wojny Światowej.

Prowadzący wspomniał również o innym czynniku powodującym zmiany w nazewnictwie ulic. Stale rozrastająca się Łódź pochłonęła wiele mniejszych samodzielnych jednostek administracyjnych, które posiadały własne nazewnictwo.  Trzeba tu było dokonywać zmian, by nie pozostawało kilka ulic Mickiewicza, Górnych, Dolnych, Małych itp. Przykładem tu może być ulica Liściasta, która przed wojną nosiła na Radogoszczu nazwę: Krakowska, tak jak ulica na Zdrowiu. Najnowsze zmiany w tym względzie miały miejsce, gdy
w skład Łodzi weszły niektóre ulice Nowosolnej.

W trakcie spotkania wypłyną również temat ulic, które upamiętniają dawne wsie czy osady. Do takich należy m.in.: ulica Grabeniec upamiętniająca osadę olęderską, czy ulica Zimna Woda upamiętniająca wchłoniętą wieś.

Prelekcja wzbudziła duże zainteresowanie, a ostatnią jej częścią były deklaracje grup dotyczące opracowania ciekawych historii ulic na spotkanie warsztatowe.  I tak:

  1. Grupa skupiona w siedzibie Ligii kobiet Polskich zobowiązała się do przygotowania informacji o ulicach łódzkiego Widzewa, czyli terenów Łodzi wchodzących w skład tego miasta w dawnych latach.
  2. Grupa z Biblioteki TATARAK (senioralne Koło Miłośników Żabieńca) skupiło swoją uwagę na
    ul. Bolesława Limanowskiego oraz Łódzkiej
    Trasie W-Z, przyjmując za podstawę zasoby
    informacyjne Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej im. marszałka J. Piłsudskiego w Łodzi.
  3. Grupa z Domu kultury przy ul. Żubardzkiej przyjęła za swój cel poszukiwanie innych źródeł do badania historii łódzkich ulic, by na tej podstawie uzupełnić informacje prezentowane podczas prelekcji.
  4. Grupa z Karolewa zaprezentować miała ciekawą historię ulicy Radzieckiej, przemianowanej na
    ul. Beskidzką.
  5. Pozostałe grupy nie określiły tematu swoich poszukiwań pozostawiając sobie możliwość
    późniejszego wyboru.

I rzeczywiście każda z grup prezentowała swoje tematy wywołując przy tym reakcje pozostałych. Nie obyło się bez osobistych wspomnień, bo przy omawianiu historii widzewskich ulic, wrócono do słynnej nowoczesnej na tamte czasy szkoły
im. Tekli Borowiak (obecnie ks. prof. Józefa
Tischnera), do pobliskiego dużego basenu ANILANA.  Ciekawe opowieści objęły również
kościół Św. Kazimierza, którego budowę zakończono w 1935 roku, a otynkowany dopiero niedawno.  We wspomnieniach z dawnego Widzewa[4] nie zabrakło informacji o Księżym Młynie, ale
i o obecnych losach Widzewskiej Manufaktury.

Koło Miłośników Żabieńca przypomniało łódzkie trasy, W-Z, czyli obecne ulice Mickiewicza i Piłsudskiego oraz ul B. Limanowskiego, łączącą trasę aleksandrowską z drogą brzezińską przez ul. Wojska Polskiego.

Tylko czas trwania warsztatów nie pozwolił przypomnieć, że w średniowieczu istniała jeszcze jedna koncepcja trasy z zachodu na wschód, czyli droga z Lutomierska przez Jagodnicę, a dalej obecną Siewną, Powstańców Wielkopolskich
i Wrześnieńską, aż do miejsca, gdzie usytuowano kościół NMP. Szkoda, bo opisywany podczas prelekcji, jako ciekawostka, skromny, błotnisty fragment ul. Powstańców Wielkopolskich, zwany dziś sarkastycznie „wielkie jeziora”, to na początku XV wieku ważny średniowieczny trakt wiodący
do centrum miasteczka.

Nie zabrakło tez ciekawostek dotyczących ul. Beskidzkiej, która w pewnej części nosiła miano Radzieckiej, ale dlatego, że była własnością Rady Miejskiej, a nie gloryfikacją Kraju Rad. Uliczka ta słynna z zabudowań zakładu karnego, posiadała jeszcze do niedawna swoje Koło Gospodyń
Wiejskich, bo ziemie wokół źródeł rzeki Łódki uprawiane były niemal do końca XX wieku.

Rozmowa o tych terenach sprowadziła się ostatecznie do wspominków o budowie kościoła
Św. Teresy i jego poświęceniu, podczas którego wierni mogli pożegnać jeszcze stary drewniany kościółek wstydliwie tkwiący obok nowego gmachu. Nie zabrakło też paru słów o kawiarence
„U Pana Boga za piecem", która – prowadzona przez Jezuitów – mieściła się w podziemiach nowego kościoła.

Takie wspomnienia pozwoliły znów powrócić do projektu „ Z czasem nam po drodze" - czyli realizacji rejestrowanych spotkań wspomnieniowych seniorów, dotyczących historii i obyczajowości lat naszej młodości”

Starczyło jeszcze trochę czasu by - w nawiązaniu do adresu spotkania kończącego projekt - przypomnieć nieco historię ulic okalających dawny cmentarz przy al. Politechniki.  To pozwoliło na zabranie głosu uczestników z ul. Pięknej, która
po obu stronach tej alei prezentuje odmienny
obraz: starej drogi wzdłuż rzeki Jasień i nowoczesnego osiedla w kierunku al. Jan Pawła II.

Warsztaty okazały się bardzo cenne, ale pozostawiły po sobie również wiele pytań. Nie zawsze pamięć pozwala odpowiedzieć na wszystkie. Czasami trzeba znów szukać źródeł informacji. Grupa z Żubardzkiej pokazała nam nieznaną książkę p.t.: Patroni Łódzkich Ulic[5] obiecując niezmiernie ciekawą lekturę. Równocześnie usłyszeliśmy
informacje, że przy zbiegu ulic Pogonowskiegoi
i 6 sierpnia istniało po wyzwoleniu prawdopodobnie jakieś więzienie…

Może to ślad po I Wojnie Światowej? Jak podaje Wikipedia: „W latach 1915–18 okupujący Łódź Niemcy, wprowadzili nazewnictwo niemieckojęzyczne – ulica Benedykta stała się Benediktstraße. Gmach dawnego rosyjskiego Banku Państwa zajęła okupacyjna administracja niemiecka. Po wyparciu wojsk niemieckich z Łodzi, wojskowe Dowództwo Miasta, którego komendantem był kpt. Alfred Biłyk, zajęło gmach przy ul. Benedykta 6”

Na Polesiu, w budynkach przy ul. Jerzego 10 do dziś dnia można podziwiać okratowane klatki schodowe, byłej siedziby NKWD. Ale ulica
6 sierpnia?  Może nasze warsztaty przybliżą lub całkowicie wyjaśnią tę sprawę?

Pytań jest więcej. W okresie naszej młodości istniał w tym rejonie podobno gang czerwonych szalików. A oto inna informacja: „Niektórzy mieszkańcy Śródmieścia opowiadają o tzw. Złotym Rogu, u zbiegu ul. 22 Lipca (dziś 6 Sierpnia) i Wólczańskiej. Nie pamiętają, skąd wzięła się nazwa, ale wspominają regularne bitwy chuliganów o to miejsce. Naprzeciw siebie stawało nawet po dwudziestu mężczyzn i tłukło się do upadłego. [...]”[6]

Rozmowy o Polesiu wyzwoliły jeszcze jeden, radośniejszy temat. Wspomniano o obszarze za cmentarzem przy ul. Ogrodowej a dokładnie
o pasie wzdłuż ul. Drewnowskiej, który do lat 60-tych był praktycznie pusty, a do którego prowadziła z cmentarza niewielka furtka.  To tu zbierały się jesienią tłumy miłośników latawców. Sprzyjający wiatr sprawiał, że puszczano tu ogromne latające dzieła sztuki lotniczej, samodzielnie wykonane latawce, a także zrobione przez maluchów zwykłe ”baby” z prostego kartonu z ogonami z pociętej gazety.

Nie obyło się bez rozmów o starych cmentarzach łódzkich, tych funkcjonujących z ul. Ogrodowej, ale również i tych przy ul. Grabieniec, czy przy
ul. Brukowej, które już dawno przestały pełnić swoje funkcje i zamieniono je na parki lub skwery, albo – jak na Brukowej – pozostawiono, jako smutny relikt dawnej osady olęderskiej.

Jedno jest pewne: Pajęcza Sieć Seniorów, jeśli nie otwiera, to odnawia stare formy integracji tej
grupy mieszkańców.  Przy wspólnych spotkaniach,
a jeśli technika będzie łaskawa przy spotkaniach on-line, wrócimy do wspomnień o ulicach Łodzi ich historii i anegdotach z nimi związanych,
bo przecież: „Z czasem nam po drodze”.

 

 


INSTRUKCJA

Poszukiwania historii ulic w wykazie Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej im. Marszałka J. Piłsudskiego

– Jak z tego wykazu z skorzystać?

– Zacznijmy od początku wchodząc na stronę
biblioteki:

 https://www.wbp.lodz.pl/

Na tej stronie odnajdziemy ikonę „katalogi on-line”

I gdy na nią klikniemy otworzy się lista:

 a na niej na dole: Ulice Łodzi

 

Klikamy „Ulice Łodzi” i :

Otwiera nam się   baza:  Ulice-Łodzi

Teraz klikamy  razem ( czyli stare i nowe).

 

Wchodzimy w katalog ulic. Wpisujemy np.: Asnyka i klikamy „szukaj”. Jest:

I mamy pełny zapis historii ulicy ze smutnym podsumowaniem: Zniknęła pod blokami.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

[1] Stanisław Andrzej Średziński jest autorem cyklu broszur o takim waśnie tytule: Kobiety, o których w Łodzi zapomnieć nie można.  W oparciu o te materiały powstaje obecnie książka.

[2] – ul. Tatarkówny-Majkowskiej Michaliny 2005-2017 (Nadanie nazwy ulicy wg - DUWŁ, uchw. XVL/781/05.) Zmiana nazwy w związku z ustawą dekomunizacyjną ul. Majkowskiej Michaliny Tatarkówny zmieniono na Anny Walentynowicz

[3] Andrzej Strug, właśc. Tadeusz Gałecki ps. „Andrzej Strug”, „Borsuk”, „August Kudłaty” (ur. 28 listopada 1871 w Lublinie, zm. 9 grudnia 1937 w Warszawie) – pisarz i publicysta, wolnomularz, działacz ruchu socjalistycznego i niepodległościowego, legionista, a także scenarzysta. ( Wikipedia)

[4] Obecny Widzew - ostatecznie włączony do Łodzi w 1946 roku – jako dzielnica miasta – wchłonął wiele innych miejscowości jak: Andrzejów, Mileszki, Nowosolna…

[5] Jarosław Kita, Maria Nartonowicz-Kot, Patroni łódzkich ulic, rok wydania 2011, wydawnictwo: Księży Młyn Dom Wydawniczy

[6] Bitwa o Złoty Róg. W: Portal „Łódź – fabrykancka.pl – tworzymy Łódź, portal informacyjno-edukacyjny”. fabrykancka.pl > Prasówka – Echo Miasta [on-line]. Stowarzyszenie „Fabrykancka”, 2008-01-28. [dostęp 2017-05-05].

Kolejna prelekcja była poświęcona zwierzętom dzikim i domowym.

Prowadzący Jerzy Dauksza rozpoczął spotkanie stwierdzeniem, że jako lekarza weterynarii bardzo go boli, wciąż powtarzana dziewiętnastowieczna negatywna opinia o ogrodach zoologicznych.  Mimo kilkudziesięciu lat edukacji, często się
słyszy, że należy je zlikwidować, ponieważ zwierzęta trzymane w małych klatkach bardzo cierpią.

Zaproszony do udziału w prelekcji Wiceprezes Zarządu Miejskiego Ogrodu Zoologicznego
Tomasz Jóźwik lekarz weterynarii wyjaśnił
potrzebę istnienia Ogrodów Zoologicznych
i zmian zaistniałych na przestrzeni lat. Muszą być zarejestrowane w Ministerstwie Klimatu i Środowiska oraz spełniać warunki utrzymania zwierząt określone Ustawą o Ochronie Przyrody. Co 3 lata Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska sprawdza warunki utrzymania i bezpieczeństwa, a Inspekcja Weterynaryjna bada dobrostan zwierząt.

Ogrody miejskie, należące do Urzędów Gminy
w Polsce, są zarejestrowane w Europejskim
Stowarzyszeniu Ogrodów Zoologicznych i Akwariów. Wzajemna współpraca umożliwia nieodpłatną wymianę zwierząt, które od dawna nie są łapane w naturze. Wyjątek stanowią ostatnie osobniki gatunków skrajnie zagrożonych wyginięciem. Wówczas odławia się je w celu rozmnożenia
i zwróceniu środowisku. Gatunki zagrożone mają swoich koordynatorów analizujących populację
i regulujących reprodukcję.

Współczesne Ogrody Zoologiczne spełniają
następujące funkcje:

  1. Hodowla gatunków, których populacja
    w naturze jest zagrożona wyginięciem. Utrzymanie bazy genetycznej konkretnych gatunków, do odtwarzania w naturalnym miejscu ich występowania. Jest to współczesna arka Noego dla zwierząt, często pochodzących z krajów niestabilnych politycznie. Ciekawostką jest fakt, że do pierwszych parków safari w Afryce lwy ściągano z londyńskiego Zoo. Przyjmuje się, że rocznie nieuchronnie ginie na
    świecie 20 gatunków zwierząt. Świetnym przykładem może być też nasz żubr, który po II Wojnie Światowej wyginął w naturze. Z 8 lub 11 osobników żyjących
    w niewoli, odtworzono całą populację. Obecnie żyją wolno nie tylko w Białowieży, ale również na Podkarpaciu
    i w Małopolsce.
  2. Edukacja ekologiczna. Przy okazji wizyty w Zoo, każdy, nawet bierny obserwator, ma możliwość edukowania się z biologii, fizjologii, behawioru zwierząt. Poznaje przyczyny ginięcia zwierząt w naturze, spowodowane nadmierną ekspansją populacji ludzkiej. Jego konsekwencją jest deforestacja lasów tropikalnych, zabudowywanie środowisk naturalnych, kłusownictwo. Uświadamiają, jaki wpływ na środowisko w skali globu ma każdy z nas,
    świadoma konsumpcja, oszczędzanie energii, wody.
  3. Badania naukowe. Wielu naukowców współpracuje z Ogrodem Zoologicznym nad ochroną zwierząt.
  4. Bezpośredni kontakt z naturą jest niezwykle potrzebny wszystkim, zwłaszcza dzieciom. Możliwość obcowania ze zwierzętami i obserwacja ich
    zachowań budzą pozytywne emocje
    i pozostawiają trwały ślad na całe życie.

Duży obszar był zdegradowany, ekspozycja zwierząt głównie stajenkowa, małopawilonowa, sezonowa, mało dostępna zimą. Ogród stracił główną atrakcję, ponieważ odeszły dwie wiekowe słonice: Magda i India.

Na szczęście, po długim okresie znalazły się
środki na dofinansowanie i rewitalizację obiektu.

We Wrocławiu powstało Afrykanarium, natomiast Łódź postawiła na Azję południowo-wschodnią. Jest to kontynent najbogatszy w gatunki zwierząt
i różnorodność ekosystemu, ale mający bardzo dużą populację ludzi, mało dbających o naturę. Azja to również fascynująca kultura, ciekawa
architektura, którą można też zainteresować
zwiedzających.

Projektowanie Orientarium nie było łatwe. Zoolodzy i biolodzy doradzali architektom, gdyż to oni najlepiej znali potrzeby zwierząt. Muszą być odpowiednie podłoża, urozmaicenia wybiegów, aby zwierzęta się nie nudziły, gdyż spędzają tam całe życie. Dziś odchodzi się od prostego karmienia. Jedzenie ukrywa się, aby zmuszać mieszkańców do ciągłych poszukiwań. Wiele zwierząt w naturze musi przejść kilka kilometrów dziennie, aby się zdobyć pożywienie. Prowadzi się również tresurę, nagradzając smakołykami wykonane zadania. Zwierzęta mają zabawę, a lekarze mogą bezpiecznie obejrzeć trąbę, łapę, paszczę, brzuch, nawet wykonać drobne zabiegi.

W Orientarium znajdzie się słoniarnia, świątynna dżungla, gdzie żyją małpy, bawoły, wyderki.
Z pewnością, najciekawszą będzie część oceaniczna ze "szklanym" tunelem o długości 22 metrów. Można tam będzie oglądać rekiny, płaszczki, ryby ławicowe i mieszkańców rafy koralowej.
Natomiast orangutany, gawiale, niedźwiedzie malajskie, gibony i wiele innych zobaczymy w części zwanej Wyspy Sundajskie.

W 2/3 budynku, na 22 ha piwnic, znajdują się
pomieszczenia pomocnicze, niewidoczne dla
publiczności. Są tam filtry, pompy, agregaty,
baseny, zbiorniki dla ryb.

Bardzo trudną procedurą było uruchomienie basenu dla rekinów o pojemności 2,5 mln litrów wody. Dojrzewanie takiego zbiornika, zajmuje bardzo dużo czasu. Należy go zalać zwykłą wodą, aby cała struktura przereagowała z kwasami, które są dolewane dla stworzenia pH odpowiedniego dla ryb. Następnie wypompowuje i wlewa powstałą
w wyniku odwrotnej osmozy, czyli demineralizowaną i dejonizowaną. Miękką wzbogaca się solami. Na olbrzymich, szyszeczkowych złożach
zaszczepia się bakterie, aby się namnożyły. Ważna jest równowaga nie tylko chemiczna, ale i biologiczna, gdyż to bakterie rozkładają wiele niebezpiecznych substancji chemicznych, jak azotany, azotyny. Dopiero po 6 - 8 tygodniach można
zacząć wpuszczać pierwsze ryby, które zaczną prowadzić swoją fizjologię, przerabianą przez bakterie. Dopiero po roku można dojść do pełnej obsady ryb.

Również zwierzęta oglądane na wybiegach
wewnętrznych i zewnętrznych, mają swoje
pomieszczenia niewidoczne dla zwiedzających, zaopatrzone w urządzenia, pozwalające bezpiecznie je oglądać i badać. Zaplecza są duże ze względu na rozmiary niektórych zwierząt, np. słoń
Aleksander, który przyjechał do nas w ubiegłym roku z Niemiec, waży 6 ton i samą masą ciała, niechcący, nawet przestępując z nogi na nogę, mógłby zrobić krzywdę opiekunowi.

Zmiany dotyczyły również reorganizacji firmy, ze zmianą statusu prawnego na spółkę miejską dla uelastycznienia działań. Dostaliśmy nowe gatunki zwierząt, np. orangutany, których dotąd nie było w Łodzi. Powstała nowa sekcja awaryjna, ze skomplikowanymi technikariami. Zatrudniono nowych opiekunów z gdańskiego, warszawskiego
i poznańskiego Zoo oraz zespół pracowników całodobowego dozoru obiektu i pomocy zwierzętom w razie potrzeby.

Pozostała część Ogrodu będzie inaczej zaprojektowana. Zostanie podzielona na strefy geograficzne z zachowaniem miejsc dla ptaków, małych
i dużych ssaków. W czasie długotrwałych plac budowlanych opiekunowie musieli się zajmować przejściowym przemieszczaniem zwierząt, lub przeniesieniem do innych miast.

Kolejna prelegentka Iza Milińska, szefowa Fundacji "Kocia Mama", opowiedziała o kotach, zwierzętach, którymi zajmuje się jej Fundacja od 14 lat. Wcześniej, przez 8 lat działała, jako "Grupa Izy Milińskiej".

Nazwa Fundacji szybko się przyjęła, gdyż jest prosta i sympatyczna. Każdy miłośnik kotów
mówi o sobie "kocia mama", "koci tata".

Fundacja prowadzi kilka projektów:

Najważniejszymi od początku była adopcja, sterylizacja oraz wszechstronnie pojmowana edukacja prozwierzęca. Początkowo skupiały się tylko na pomocy kotom środowiskowym. Kot środowiskowy nie jest kotem bezdomnym. To osobnik, który sam decyduje o sobie. Jeśli po odłowieniu do
kastracji lub sterylizacji, pokazuje całym sobą,
że tego nie rokuje socjalizacji, wówczas wraca do swojego środowiska. Jeśli nadaje się do adopcji, trafia do domu tymczasowego, gdzie jest oceniany, czy nadaje się na kota domowego, czy musi być kotem wychodzącym, albo czy nie brakuje mu towarzystwa. Jaki jest jego stosunek do innych zwierząt w domu?

"Kociary" nie zasklepiają się wyłącznie na kotach. Mają pieski, papużki, rybki. Trzeba takiego kota dobrze obserwować, czy jego jedynym celem
życia nie jest wyciągnięcie szczura z klatki, lub wyłowienie rybek. Miała kota, którego łapy były wciąż stale mokre do łokci, ponieważ stale siedział przy akwarium i próbował wyłowić rybki i żółwie wodne.

Domy tymczasowe podzielone są wg swoich uprawnień i umiejętności. Każdy jest zdefiniowany.  Są domy tymczasowe prowadzone przez osoby potrafiące opiekować się od strony medycznej. Są to lekarze i technicy weterynarii oraz osoby przeszkolone, które potrafią zaintubować kota, żeby go nakarmić, podłączyć kroplówkę, zrobić zastrzyk, lub chociażby podać tabletki, co jest zabiegiem o randze mistrzostwa świata. Kot zrobi wszystko, aby jej nie połknąć.

Są domy - kocie przedszkola. Kocięta są tak zabawne, że opiekunki nie potrzebują włączać telewizora. Wszystko, co robią małe kotki na drapaku, to bajeczny spektakl. Prześcigają się w pomysłowości, polują na wszystko, co się da: na kwiaty, firanki, psie i kocie ogony starszych kolegów
i wszystko, co się rusza. Kiedy dowiedzą się, po co wchodzi się do łóżka, to w środku nocy starają się wdrapać. Z miotu sześciu pięć wskoczy, a szósty, najmniejszy nie może. I przy kolejnej próbie, człowiek wyciąga rękę. "Dobra ja ci pomogę." Potem trzeba leżeć nieruchomo, gdyż każdy ruch jest pretekstem do polowania na nas. Liżą nas po twarzy, próbują otworzyć oczy, gryzą w paluchy
u nóg. Jest to bardzo sympatyczne uczucie. Sama przyznała, że bardzo lubi mieć przedszkole
w domu.

Jednym z najważniejszych punktów kodeksu jest to, że "Kocia Mama" nigdy nie usypia ślepych miotów. Jeżeli nie są wadliwe genetycznie, nie cierpią i rozwijają się normalnie, są z mamami do 8 tygodnia w domu tymczasowym. Opiekunki dbają tam głównie o kotki, gdyż one spełniają wszystkie funkcje przy maluchach. Karmią, sprzątają, uczą chodzenia do kuwety. W razie potrzeby, zdzielą łapą po głowie. Kocie matki są bardzo mądre życiowo i kobiety mogą się od nich uczyć, bo czasami starają się zbyt długo zachować swoje dzieci przy sobie. A kotki po 3 miesiącach
wyprowadzają swoje dzieci, dają im carte blanche
i odchodzą.

Jeśli zdarzy się, że matka gdzieś zginie, kocięta trafiają do Fundacji. Nazywane są kotkami czapkowymi. Trzeba je karmić, co trzy godziny i masować brzuszki. Idąc do pracy, wkładają kociaka do czapki, czapki za dekolt, aby w pracy mieć wolne ręce. Kocię czuje się bezpiecznie. Ma
ciepło, słyszy bicie serca. Dobrze, gdy w miocie są 2, 3 koty. Gorzej, gdy jest 6. Wówczas cała rodzina musi nosić koty. Po odchowaniu trzeba im
 znaleźć szczególny dom, ponieważ mają bezgraniczne zaufanie do ludzi.

Są domy tymczasowe zamknięte, dla kotów
chorych na białaczkę i zarażonych hifem. Dzięki wytężonej pracy ekipy weterynarzy i opiekunów, najstarsza kotka białaczkowa, ma obecnie 10 lat. Trafiają tam również stare koty, aby spędzić resztę swojego życia. Z reguły są to niechciane spadki po zmarłych opiekunach. Spadkobiercy biją się
o dobra doczesne, zapominając, że pozostało zwierzę, które nagle nie rozumie, dlaczego jego
opiekun nie wystawił mu codziennej miseczki.

Taki przykry los spotkał szarą, szesnastoletnią kotkę, którą wystawiono w tekturowym pudle na ul. Tuwima. Nie wiadomo jak długo w nim
siedziała, gdyż przechodnie mijali ją obojętnie.
Na szczęście zauważyła ją pani współpracująca
z Fundacją i kotka została otoczona opieką weterynaryjną. Trzy miesiące trwała hospitalizacja, gdyż przestała jeść i stała się apatyczna. Nie mogła zrozumieć tego, co ją spotkało. Lekarki nosiły ją na rękach, przytulały, aż wreszcie się otworzyła. Fundacja znalazła kochający dom u Eli w Pabianicach, gdzie przebywa już 3 lata i szczęśliwie
dożywa kresu swoich dni.

Są również domy, które specjalizują się w opiekowaniu kotami powypadkowymi i kalekimi. Wiele z nich uratował doktor Jóźwik. Wykonał wiele trudnych operacji, których inni się nie podejmowali. Fundacja współpracuje z wieloma lecznicami
i ma swoich zaufanych operatorów, chirurgów, ortopedów, kardiologów, neurologów, laryngologów, dermatologów. Wszystkie koty mają fundacyjne książeczki zdrowia.

Niezwykle ważnym działaniem Fundacji jest
nauka empatii do zwierząt i troski o nie. Zaczynały od przedszkoli, szkół, liceów, gimnazjów. Dotarła też do placówek, w których są dzieci dotknięte problemami Downa, autystyczne, niedowidzące
i niedosłyszące. Większość chorych dzieci nie miała bezpośredniego kontaktu ze zwierzętami
z powodu obaw rodziców o reakcję dzieci.
Największym zaskoczeniem była cudowna reakcja dzieci niedowidzących. Bez obaw wąchały koty, przytulały, całowały.

Fundacja współpracuje z Łódzkim Towarzystwem Alzheimerowskim w ramach projektu spowolnienia choroby otępiennej mózgu. Wolontariusze przejeżdżą z kotami i prowadzą ćwiczenia aktywizujące umysł tych ludzi. Jest to bardzo ważne dla osób dotkniętych chorobą i ich rodzin.

W Centrum Zdrowia Matki Polki ściany na
oddziale dziecięcym udekorowane są pięknymi ilustracjami z bajek, w świetlicach zielone trawniki i różnorodne zabawki. To wszystko jest dziełem Fundacji Kocia Mama, która stara się stworzyć przyjemną przestrzeń dla dzieci, przebywających bez rodziców.

Wolontariuszki wykorzystują materiały z recyklingu, ozdabiając w inny sposób sale dla chłopców i dla dziewczynek. Tworzą domową atmosferę, aby zapewnić intymność i radość małym
pacjentom. Przyjemniej jest patrzeć na fajną scenę
z Kubusia Puchatka, czy z Królewny Śnieżki.

Corocznie od kilku lat Fundacja wręcza stypendium marzeń imienia kota Pitusia, niepełnosprawnemu, wyjątkowo uzdolnionemu dziecku. Pituś, był wyjątkowym, dumnym kotem. Mimo kalectwa był samodzielny i przez wiele lat pomagał dzieciom. Jego postawa jest wzorem do naśladowania.

Fundacja w ramach projektu niemarnowania żywności, od kilku lat współpracuje z hipermarketami. Dostaje jedzenie o krótkim terminie ważności do spożycia, które przekazuje osobom potrzebującym, współpracującym z Fundacją. Działają tu ludzie
o różnym statusie, dla których jest to ogromna pomoc życiowa. Obecnie wspierają 200 rodzin polskich i 400 ukraińskich.

Nasze spotkania pokazały, że w Łodzi nie brakuje ludzi wrażliwych, dbających o zwierzęta, zarówno dzikie jak i domowe.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

        

 

 

 

 

Aby odpowiedzieć na tak postawione pytanie, najpierw musimy poznać sposoby i zasady, wedle których państwo uzyskuje pieniądze od obywateli, jak je gromadzi i w jaki sposób je wydaje. Zwykło się mawiać, że w naszym życiu tylko dwie rzeczy są pewne: śmierć i podatki. Należy jednak to
powiedzenie uściślić, uszczegółowić i rozwinąć. Nie będziemy co prawda, rozmawiać o śmierci,
ale porozmawiamy o podatkach.

Generalnie, różne instytucje działające w imieniu państwa, a więc także w naszym imieniu, pobierają od nas pieniądze. Ktoś może zapytać: jak to
w naszym imieniu? To sami sobie odbieramy
pieniądze?  Paradoksalnie – tak właśnie jest. Przecież to my – obywatele, tworzymy państwo. Jesteśmy jego zbiorowym właścicielem i ponosimy za nie odpowiedzialność, a także musimy je utrzymywać, by zapewniało nam bezpieczeństwo i wiele różnych innych potrzeb. Specjaliści od prawa finansowego nazywają to potrzebami zbiorowymi, lub usługami publicznymi.

W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że pieniądze, którymi obracamy (mamy przecież dochody i wydatki) dzielą się na dwa rodzaje: pieniądze prywatne i pieniądze publiczne. Gdy otrzymujemy emeryturę lub gdy na konto wpływa nam pensja czy inne wynagrodzenie – to mamy pieniądze prywatne, czyli nasze dochody. Możemy je trzymać w banku jako oszczędności, albo
w domu, w przysłowiowej „skarpecie” „na czarną godzinę”. Nasze prywatne pieniądze wydajemy na zakupy, opłacamy za nie różnego rodzaju świadczenia i usługi, ale także płacimy podatki, które są gromadzone przez różne instytucje państwa i wydawane zgodnie z obowiązującymi przepisami. Tak powstaje drugi rodzaj pieniądza, czyli
pieniądze publiczne.

To, co potocznie nazywamy podatkami i odczuwamy jako przymusowe płatności na rzecz państwa – nazywamy ogólnie daninami publicznymi. Wiem, że słowo „danina” źle się kojarzy. Raczej
z poddanym niż z wolnym obywatelem, ale na słownictwo specjalistyczne nie mamy wpływu
i trzeba go używać zgodnie z jego przeznaczeniem.

Tak więc daniny publiczne dzielą się z grubsza na trzy kategorie: podatki, składki i opłaty. Czym różnią się od siebie te kategorie? Często są mylone, nader często przez polityków i dziennikarzy.

  • Podatki to dochody budżetowe przeznaczone na różne cele publiczne, wpływają do budżetu państwa – budżetu centralnego i wielu budżetów jednostek samorządu terytorialnego: gmin, powiatów i województw.
  • Składki wpływają do funduszy przeznaczonych na określone cele np. składka emerytalna tworzy Fundusz Ubezpieczeń Społecznych – zarządzany przez ZUS,
    a składka zdrowotna tworzy Narodowy Fundusz Zdrowia.
  • Opłaty wnosimy za konkretne usługi
    administracyjne, świadczone przez różnego typu instytucje publiczne np. opłata sądowa, opłata skarbowa, opłata za udzielenie pozwolenia na budowę itp. Opłaty
    w większości są dochodami budżetów

Po tych wyjaśnieniach zajmijmy się podatkami i spróbujmy prześledzić ich drogę. Najważniejszym podatkiem dla budżetu państwa jest podatek VAT. Jego nazwa to skrót od angielskiej nazwy podatku od wartości dodanej. Dlaczego ten podatek jest tak ważny? Bo jest najbardziej wydajny. Całość wpływów z podatku VAT zasila budżet państwa i stanowi największą część jego dochodów. VAT płacimy prawie codziennie, nie zawsze mając
tego świadomość, przy okazji każdego najmniejszego zakupu, wydatku na jedzenie,
leki, kosmetyki, artykuły higieniczne, że nie wspomnę o papierosach czy alkoholu. Główna stawka podatku VAT to 23% z licznymi wyjątkami od tej reguły. Pewne usługi są zwolnione całkowicie z tego podatku (np. kultura, zdrowie) inne mają stawkę 0% (księgowi doskonale rozumieją, czym różni się zwolnienie z podatku VAT od stawki 0%). Jest wiele stawek VAT niższych od 23% (to stawka maksymalna) w zależności od kategorii
produktu czy usługi np. żywność, artykuły dziecięce, wynajem mieszkania są obłożone znacznie niższą, kilkuprocentową stawką.

Przepisy dotyczące podatku VAT, należącego do kategorii podatków pośrednich, są bardzo obszerne i skomplikowane, co tworzy liczne zachęty do nadużyć, a nawet oszustw. Każdy kij ma więc dwa końce. Z jednej strony VAT to wydajne źródło dochodów budżetu
państwa, a z drugiej strony pole do popisu dla oszustów podatkowych.

Kolejne dwa ważne podatki to PIT i CIT. Nazwy tych podatków to także skróty od ich angielskiego nazewnictwa. PIT to podatek od dochodów indywidualnych, a więc płaci ten podatek każda osoba uzyskująca jakikolwiek dochód. CIT to podatek, który płacą firmy (także firmy jednoosobowe). Podatki dochodowe to kategoria podatków bezpośrednich, czyli najbardziej bolesnych, bo uświadomionych przez podatnika. Podatki te są dość
wydajne i wpływają do wszystkich budżetów
w częściach określonych przez ustawy.

To ile właściwie mamy tych budżetów?
Policzcie sami. Budżet państwa jest jeden. Budżetów wojewódzkich jest szesnaście. Do tego trzeba dodać budżety powiatów (ponad 300) i gmin (ok. 2,5 tys.). I dopiero teraz
widać bogactwo i biedę. Bogate miasta mają dobre drogi i sprawną komunikację miejską (Warszawa – najbogatsza gmina w Polsce, Kraków, Poznań, Gdańsk). Biedne gminy
mają dziury w jezdni, kiepską komunikację
i ciągły brak mieszkań komunalnych dla
rodzin o niskich dochodach. Niestety, do tej drugiej kategorii należy nasze miasto – Łódź.