Kolejna prelekcja była poświęcona zwierzętom dzikim i domowym.

Prowadzący Jerzy Dauksza rozpoczął spotkanie stwierdzeniem, że jako lekarza weterynarii bardzo go boli, wciąż powtarzana dziewiętnastowieczna negatywna opinia o ogrodach zoologicznych.  Mimo kilkudziesięciu lat edukacji, często się
słyszy, że należy je zlikwidować, ponieważ zwierzęta trzymane w małych klatkach bardzo cierpią.

Zaproszony do udziału w prelekcji Wiceprezes Zarządu Miejskiego Ogrodu Zoologicznego
Tomasz Jóźwik lekarz weterynarii wyjaśnił
potrzebę istnienia Ogrodów Zoologicznych
i zmian zaistniałych na przestrzeni lat. Muszą być zarejestrowane w Ministerstwie Klimatu i Środowiska oraz spełniać warunki utrzymania zwierząt określone Ustawą o Ochronie Przyrody. Co 3 lata Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska sprawdza warunki utrzymania i bezpieczeństwa, a Inspekcja Weterynaryjna bada dobrostan zwierząt.

Ogrody miejskie, należące do Urzędów Gminy
w Polsce, są zarejestrowane w Europejskim
Stowarzyszeniu Ogrodów Zoologicznych i Akwariów. Wzajemna współpraca umożliwia nieodpłatną wymianę zwierząt, które od dawna nie są łapane w naturze. Wyjątek stanowią ostatnie osobniki gatunków skrajnie zagrożonych wyginięciem. Wówczas odławia się je w celu rozmnożenia
i zwróceniu środowisku. Gatunki zagrożone mają swoich koordynatorów analizujących populację
i regulujących reprodukcję.

Współczesne Ogrody Zoologiczne spełniają
następujące funkcje:

  1. Hodowla gatunków, których populacja
    w naturze jest zagrożona wyginięciem. Utrzymanie bazy genetycznej konkretnych gatunków, do odtwarzania w naturalnym miejscu ich występowania. Jest to współczesna arka Noego dla zwierząt, często pochodzących z krajów niestabilnych politycznie. Ciekawostką jest fakt, że do pierwszych parków safari w Afryce lwy ściągano z londyńskiego Zoo. Przyjmuje się, że rocznie nieuchronnie ginie na
    świecie 20 gatunków zwierząt. Świetnym przykładem może być też nasz żubr, który po II Wojnie Światowej wyginął w naturze. Z 8 lub 11 osobników żyjących
    w niewoli, odtworzono całą populację. Obecnie żyją wolno nie tylko w Białowieży, ale również na Podkarpaciu
    i w Małopolsce.
  2. Edukacja ekologiczna. Przy okazji wizyty w Zoo, każdy, nawet bierny obserwator, ma możliwość edukowania się z biologii, fizjologii, behawioru zwierząt. Poznaje przyczyny ginięcia zwierząt w naturze, spowodowane nadmierną ekspansją populacji ludzkiej. Jego konsekwencją jest deforestacja lasów tropikalnych, zabudowywanie środowisk naturalnych, kłusownictwo. Uświadamiają, jaki wpływ na środowisko w skali globu ma każdy z nas,
    świadoma konsumpcja, oszczędzanie energii, wody.
  3. Badania naukowe. Wielu naukowców współpracuje z Ogrodem Zoologicznym nad ochroną zwierząt.
  4. Bezpośredni kontakt z naturą jest niezwykle potrzebny wszystkim, zwłaszcza dzieciom. Możliwość obcowania ze zwierzętami i obserwacja ich
    zachowań budzą pozytywne emocje
    i pozostawiają trwały ślad na całe życie.

Duży obszar był zdegradowany, ekspozycja zwierząt głównie stajenkowa, małopawilonowa, sezonowa, mało dostępna zimą. Ogród stracił główną atrakcję, ponieważ odeszły dwie wiekowe słonice: Magda i India.

Na szczęście, po długim okresie znalazły się
środki na dofinansowanie i rewitalizację obiektu.

We Wrocławiu powstało Afrykanarium, natomiast Łódź postawiła na Azję południowo-wschodnią. Jest to kontynent najbogatszy w gatunki zwierząt
i różnorodność ekosystemu, ale mający bardzo dużą populację ludzi, mało dbających o naturę. Azja to również fascynująca kultura, ciekawa
architektura, którą można też zainteresować
zwiedzających.

Projektowanie Orientarium nie było łatwe. Zoolodzy i biolodzy doradzali architektom, gdyż to oni najlepiej znali potrzeby zwierząt. Muszą być odpowiednie podłoża, urozmaicenia wybiegów, aby zwierzęta się nie nudziły, gdyż spędzają tam całe życie. Dziś odchodzi się od prostego karmienia. Jedzenie ukrywa się, aby zmuszać mieszkańców do ciągłych poszukiwań. Wiele zwierząt w naturze musi przejść kilka kilometrów dziennie, aby się zdobyć pożywienie. Prowadzi się również tresurę, nagradzając smakołykami wykonane zadania. Zwierzęta mają zabawę, a lekarze mogą bezpiecznie obejrzeć trąbę, łapę, paszczę, brzuch, nawet wykonać drobne zabiegi.

W Orientarium znajdzie się słoniarnia, świątynna dżungla, gdzie żyją małpy, bawoły, wyderki.
Z pewnością, najciekawszą będzie część oceaniczna ze "szklanym" tunelem o długości 22 metrów. Można tam będzie oglądać rekiny, płaszczki, ryby ławicowe i mieszkańców rafy koralowej.
Natomiast orangutany, gawiale, niedźwiedzie malajskie, gibony i wiele innych zobaczymy w części zwanej Wyspy Sundajskie.

W 2/3 budynku, na 22 ha piwnic, znajdują się
pomieszczenia pomocnicze, niewidoczne dla
publiczności. Są tam filtry, pompy, agregaty,
baseny, zbiorniki dla ryb.

Bardzo trudną procedurą było uruchomienie basenu dla rekinów o pojemności 2,5 mln litrów wody. Dojrzewanie takiego zbiornika, zajmuje bardzo dużo czasu. Należy go zalać zwykłą wodą, aby cała struktura przereagowała z kwasami, które są dolewane dla stworzenia pH odpowiedniego dla ryb. Następnie wypompowuje i wlewa powstałą
w wyniku odwrotnej osmozy, czyli demineralizowaną i dejonizowaną. Miękką wzbogaca się solami. Na olbrzymich, szyszeczkowych złożach
zaszczepia się bakterie, aby się namnożyły. Ważna jest równowaga nie tylko chemiczna, ale i biologiczna, gdyż to bakterie rozkładają wiele niebezpiecznych substancji chemicznych, jak azotany, azotyny. Dopiero po 6 - 8 tygodniach można
zacząć wpuszczać pierwsze ryby, które zaczną prowadzić swoją fizjologię, przerabianą przez bakterie. Dopiero po roku można dojść do pełnej obsady ryb.

Również zwierzęta oglądane na wybiegach
wewnętrznych i zewnętrznych, mają swoje
pomieszczenia niewidoczne dla zwiedzających, zaopatrzone w urządzenia, pozwalające bezpiecznie je oglądać i badać. Zaplecza są duże ze względu na rozmiary niektórych zwierząt, np. słoń
Aleksander, który przyjechał do nas w ubiegłym roku z Niemiec, waży 6 ton i samą masą ciała, niechcący, nawet przestępując z nogi na nogę, mógłby zrobić krzywdę opiekunowi.

Zmiany dotyczyły również reorganizacji firmy, ze zmianą statusu prawnego na spółkę miejską dla uelastycznienia działań. Dostaliśmy nowe gatunki zwierząt, np. orangutany, których dotąd nie było w Łodzi. Powstała nowa sekcja awaryjna, ze skomplikowanymi technikariami. Zatrudniono nowych opiekunów z gdańskiego, warszawskiego
i poznańskiego Zoo oraz zespół pracowników całodobowego dozoru obiektu i pomocy zwierzętom w razie potrzeby.

Pozostała część Ogrodu będzie inaczej zaprojektowana. Zostanie podzielona na strefy geograficzne z zachowaniem miejsc dla ptaków, małych
i dużych ssaków. W czasie długotrwałych plac budowlanych opiekunowie musieli się zajmować przejściowym przemieszczaniem zwierząt, lub przeniesieniem do innych miast.

Kolejna prelegentka Iza Milińska, szefowa Fundacji "Kocia Mama", opowiedziała o kotach, zwierzętach, którymi zajmuje się jej Fundacja od 14 lat. Wcześniej, przez 8 lat działała, jako "Grupa Izy Milińskiej".

Nazwa Fundacji szybko się przyjęła, gdyż jest prosta i sympatyczna. Każdy miłośnik kotów
mówi o sobie "kocia mama", "koci tata".

Fundacja prowadzi kilka projektów:

Najważniejszymi od początku była adopcja, sterylizacja oraz wszechstronnie pojmowana edukacja prozwierzęca. Początkowo skupiały się tylko na pomocy kotom środowiskowym. Kot środowiskowy nie jest kotem bezdomnym. To osobnik, który sam decyduje o sobie. Jeśli po odłowieniu do
kastracji lub sterylizacji, pokazuje całym sobą,
że tego nie rokuje socjalizacji, wówczas wraca do swojego środowiska. Jeśli nadaje się do adopcji, trafia do domu tymczasowego, gdzie jest oceniany, czy nadaje się na kota domowego, czy musi być kotem wychodzącym, albo czy nie brakuje mu towarzystwa. Jaki jest jego stosunek do innych zwierząt w domu?

"Kociary" nie zasklepiają się wyłącznie na kotach. Mają pieski, papużki, rybki. Trzeba takiego kota dobrze obserwować, czy jego jedynym celem
życia nie jest wyciągnięcie szczura z klatki, lub wyłowienie rybek. Miała kota, którego łapy były wciąż stale mokre do łokci, ponieważ stale siedział przy akwarium i próbował wyłowić rybki i żółwie wodne.

Domy tymczasowe podzielone są wg swoich uprawnień i umiejętności. Każdy jest zdefiniowany.  Są domy tymczasowe prowadzone przez osoby potrafiące opiekować się od strony medycznej. Są to lekarze i technicy weterynarii oraz osoby przeszkolone, które potrafią zaintubować kota, żeby go nakarmić, podłączyć kroplówkę, zrobić zastrzyk, lub chociażby podać tabletki, co jest zabiegiem o randze mistrzostwa świata. Kot zrobi wszystko, aby jej nie połknąć.

Są domy - kocie przedszkola. Kocięta są tak zabawne, że opiekunki nie potrzebują włączać telewizora. Wszystko, co robią małe kotki na drapaku, to bajeczny spektakl. Prześcigają się w pomysłowości, polują na wszystko, co się da: na kwiaty, firanki, psie i kocie ogony starszych kolegów
i wszystko, co się rusza. Kiedy dowiedzą się, po co wchodzi się do łóżka, to w środku nocy starają się wdrapać. Z miotu sześciu pięć wskoczy, a szósty, najmniejszy nie może. I przy kolejnej próbie, człowiek wyciąga rękę. "Dobra ja ci pomogę." Potem trzeba leżeć nieruchomo, gdyż każdy ruch jest pretekstem do polowania na nas. Liżą nas po twarzy, próbują otworzyć oczy, gryzą w paluchy
u nóg. Jest to bardzo sympatyczne uczucie. Sama przyznała, że bardzo lubi mieć przedszkole
w domu.

Jednym z najważniejszych punktów kodeksu jest to, że "Kocia Mama" nigdy nie usypia ślepych miotów. Jeżeli nie są wadliwe genetycznie, nie cierpią i rozwijają się normalnie, są z mamami do 8 tygodnia w domu tymczasowym. Opiekunki dbają tam głównie o kotki, gdyż one spełniają wszystkie funkcje przy maluchach. Karmią, sprzątają, uczą chodzenia do kuwety. W razie potrzeby, zdzielą łapą po głowie. Kocie matki są bardzo mądre życiowo i kobiety mogą się od nich uczyć, bo czasami starają się zbyt długo zachować swoje dzieci przy sobie. A kotki po 3 miesiącach
wyprowadzają swoje dzieci, dają im carte blanche
i odchodzą.

Jeśli zdarzy się, że matka gdzieś zginie, kocięta trafiają do Fundacji. Nazywane są kotkami czapkowymi. Trzeba je karmić, co trzy godziny i masować brzuszki. Idąc do pracy, wkładają kociaka do czapki, czapki za dekolt, aby w pracy mieć wolne ręce. Kocię czuje się bezpiecznie. Ma
ciepło, słyszy bicie serca. Dobrze, gdy w miocie są 2, 3 koty. Gorzej, gdy jest 6. Wówczas cała rodzina musi nosić koty. Po odchowaniu trzeba im
 znaleźć szczególny dom, ponieważ mają bezgraniczne zaufanie do ludzi.

Są domy tymczasowe zamknięte, dla kotów
chorych na białaczkę i zarażonych hifem. Dzięki wytężonej pracy ekipy weterynarzy i opiekunów, najstarsza kotka białaczkowa, ma obecnie 10 lat. Trafiają tam również stare koty, aby spędzić resztę swojego życia. Z reguły są to niechciane spadki po zmarłych opiekunach. Spadkobiercy biją się
o dobra doczesne, zapominając, że pozostało zwierzę, które nagle nie rozumie, dlaczego jego
opiekun nie wystawił mu codziennej miseczki.

Taki przykry los spotkał szarą, szesnastoletnią kotkę, którą wystawiono w tekturowym pudle na ul. Tuwima. Nie wiadomo jak długo w nim
siedziała, gdyż przechodnie mijali ją obojętnie.
Na szczęście zauważyła ją pani współpracująca
z Fundacją i kotka została otoczona opieką weterynaryjną. Trzy miesiące trwała hospitalizacja, gdyż przestała jeść i stała się apatyczna. Nie mogła zrozumieć tego, co ją spotkało. Lekarki nosiły ją na rękach, przytulały, aż wreszcie się otworzyła. Fundacja znalazła kochający dom u Eli w Pabianicach, gdzie przebywa już 3 lata i szczęśliwie
dożywa kresu swoich dni.

Są również domy, które specjalizują się w opiekowaniu kotami powypadkowymi i kalekimi. Wiele z nich uratował doktor Jóźwik. Wykonał wiele trudnych operacji, których inni się nie podejmowali. Fundacja współpracuje z wieloma lecznicami
i ma swoich zaufanych operatorów, chirurgów, ortopedów, kardiologów, neurologów, laryngologów, dermatologów. Wszystkie koty mają fundacyjne książeczki zdrowia.

Niezwykle ważnym działaniem Fundacji jest
nauka empatii do zwierząt i troski o nie. Zaczynały od przedszkoli, szkół, liceów, gimnazjów. Dotarła też do placówek, w których są dzieci dotknięte problemami Downa, autystyczne, niedowidzące
i niedosłyszące. Większość chorych dzieci nie miała bezpośredniego kontaktu ze zwierzętami
z powodu obaw rodziców o reakcję dzieci.
Największym zaskoczeniem była cudowna reakcja dzieci niedowidzących. Bez obaw wąchały koty, przytulały, całowały.

Fundacja współpracuje z Łódzkim Towarzystwem Alzheimerowskim w ramach projektu spowolnienia choroby otępiennej mózgu. Wolontariusze przejeżdżą z kotami i prowadzą ćwiczenia aktywizujące umysł tych ludzi. Jest to bardzo ważne dla osób dotkniętych chorobą i ich rodzin.

W Centrum Zdrowia Matki Polki ściany na
oddziale dziecięcym udekorowane są pięknymi ilustracjami z bajek, w świetlicach zielone trawniki i różnorodne zabawki. To wszystko jest dziełem Fundacji Kocia Mama, która stara się stworzyć przyjemną przestrzeń dla dzieci, przebywających bez rodziców.

Wolontariuszki wykorzystują materiały z recyklingu, ozdabiając w inny sposób sale dla chłopców i dla dziewczynek. Tworzą domową atmosferę, aby zapewnić intymność i radość małym
pacjentom. Przyjemniej jest patrzeć na fajną scenę
z Kubusia Puchatka, czy z Królewny Śnieżki.

Corocznie od kilku lat Fundacja wręcza stypendium marzeń imienia kota Pitusia, niepełnosprawnemu, wyjątkowo uzdolnionemu dziecku. Pituś, był wyjątkowym, dumnym kotem. Mimo kalectwa był samodzielny i przez wiele lat pomagał dzieciom. Jego postawa jest wzorem do naśladowania.

Fundacja w ramach projektu niemarnowania żywności, od kilku lat współpracuje z hipermarketami. Dostaje jedzenie o krótkim terminie ważności do spożycia, które przekazuje osobom potrzebującym, współpracującym z Fundacją. Działają tu ludzie
o różnym statusie, dla których jest to ogromna pomoc życiowa. Obecnie wspierają 200 rodzin polskich i 400 ukraińskich.

Nasze spotkania pokazały, że w Łodzi nie brakuje ludzi wrażliwych, dbających o zwierzęta, zarówno dzikie jak i domowe.